Historia ta zaczyna się o zmierzchu. Zimą, kiedy słońce ledwo co przedziera się przez zwarte budowle starego miasta i z trudem zagląda do wąskich uliczek, otulonych kramami z towarem wszelakim.
Plac niewolników godzina 17.00. Mała uliczna kawiarnia. W radiu amerykański jazz. Słońce jeszcze troszeczkę podświetla ręce pracujących. To kobiety, w rytm muzyki tłuką w moździerzach zielone liście henny.
Muzyka zagłusza wszystkie inne marokańskie dźwięki, nawet wyklucza muezina wzywającego na wieczorną modlitwę. Młodzi turyści „skądś tam” giną w oparach dymu z papierosów.
Czyżby odganiali złe duchy, tych przodków podglądanych teraz przez obiektyw aparatu fotograficznego?
– Fantastically! Can you move a little bit because I want take a picture?
– Yes, I have already come out – I murmur to myself
I wyruszyłam .
Wszyscy śpią, stare domy oddychają równo i chłoną ziąb nocy. Pustka, tylko buszujące po śmietnikach koty biegają mi pod nogami 🙂 To dobry moment dla poszukiwaczy fotograficznych przygód 🙂
Ranek zaś zaczyna się od mycia ( porannej toalety ulic), wieszania na hakach 1001 drobiazgów, które to na noc, zamykane są w mikro sklepikach.
A może trochę świeżych ziół do herbaty? A ryby w czerwonej zalewie ? 🙂 Kup ..no kup…
Gdy słonce sięga zenitu, życie w medynie wraca do łask, i toczy się tak jak zawsze: gwarnie i hałaśliwie i tak aż do zmierzchu. Historia zatacza koło, bo jak wiecie, sam Marrakesz ma kształt koła, zwieńczony wiekiem cyrkiem zwanym „jemaa el fnaa” .











Nikolas how you can know? ..its in polish…;) many greetings
Very nice narration