Ar – ramad

Czyli w dziewiątym miesiącu kalendarza
księżycowego, w Ramadanie.

Lipiec na wschodnich rubieżach Maroka,
to czas kiedy słońce wysysa życie ze wszystkiego co ma w sobie
wodę.
Rośliny marszczą się,
Ptaki przestały śpiewać
a ludzie oblizując spierzchnięte
wargi.
Jedynie kamienie wystawiają swoje
grzbiety jakby nigdy nic..
Jakby to rozżarzone łaskotanie słońca
było przyjemne.
Ksary – wioski z gliny zamarły w
oczekiwaniu aż ktoś w końcu zacznie się w nich krzątać.
Póki co, wszyscy śpią, koty ludzie i
nawet parę psów co się cudem uchwało w oazie.
W pół otwartych drzwiach widać tylko
wyłożone nogi drzemiących …
Cisza.
Upał.
Tylko od czasu do czasu słychać
śmiechy dzieci biegających boso po wiosce lub okrzyki klęski bądź triumfu grających w piłkę 
Ciszę pięć razy dziennie mąci śpiew
muezina z meczetu. Robi się poruszenie wśród uśpionych mężczyzn
siedzących gdzieś w cieniu, czy to pod rozłożystym tamaryszkiem
czy pod ulepionym z piaskowej gliny murem.
Ręce sięgają wody, czas ablucji,
czas otrzeźwienia. Pora na modlitwę.

19 lipca 2014. Ramadan. 
Pogranicze Algierii. Niegdyś
garnizonowe miasto na pustyni, teraz jak do Mekki, zjeżdżają się
tu Ci, którzy chcą wyruszyć na malownicze wydmy piaskowe.
Pofałdowana, przyprószoną piaskiem ziemia tworzy usypiający
krajobraz. Ci którzy odważyli się stawić słońcu twarz w samo
południe, gdzie temperatura przekracza 40 C, kołyszą się wolno
zmierzając do celu. Domy pomalowane na czerwony kolor, jak to zwykle
w Maroku w głębi lądu, sprawiają iż robi się jeszcze cieplej…
Człowiek ma ochotę się przytulić do
takiej ściany i poczekać aż utworzy się na nim kołdra z piasku i
zatopi się w tym krajobrazie po uszy.
Wszystko to: koloryt otoczenia,
krajobraz i temperatura sprawiają iż żywa istota, przeobraża się
za dnia w lunatyka. Szukając cienia, chodząc po omacku wygląda się
jak zjawa, szczególnie w tych swoich białych odświętnych sukniach
– „djellabah”.
Tą senną atmosferę szarpie co jakiś
czas silny podmuch wiatru, gorącego jak z suszarki i ostrego jak
zęby wilka, szczególnie gdy sypnie tym piachem prosto w twarz.
I tak mija czas.
Ktoś w końcu złożył ofiarę i po
dwóch dniach szalejący ciepły wiatr „chergui” ( samum)
złagodniał. Nie żeby wycofał się i poddał chłodnemu frontowi,
który zwykle potem nadchodzi ale ucichł na tyle, iż palmy
odetchnęły bo przestały być szarpane a ludzi odważnej zaczęli
otwierać oczy.
Zrobiło się cicho.
Szarawo, gdyż słonce zaczęło w
końcu układać się do spoczynku.
Pomimo zbliżającej się godziny
śniadania ramadanowego nie można było wyczuć napięcia w
powietrzu, jak to bywa w dużych miastach.
Ze spokojem został nakryty stół,
ktoś w kącie dogrywał partyjkę .
Ludzie usiedli znużeni i czekali na
znak. Ten kto ma zegarek, co chwilę patrzy na wolno posuwająca się
wskazówkę. Tu głos muezina nie ma racji bytu. W końcu ktoś nie
wytrzymał i zadzwonił do miasta, gdzie wszystko zawsze podane jest
jak na dłoni.
  • Już?
  • Już!
I zaczął się rwetes jak w ulu, miska
z zupą krążyła od wygłodniałych rąk do kolejnych,
zęby rozrywały szybko woreczki
foliowe z maślanką,
spękane usta spijały ze szklanek sok
pomarańczowy,
ktoś uparcie walił skorupką jajka o
stół, aż ta w końcu pękła.
Wszyscy byli razem ale nie było
nikogo. Zatraceni w potrzebach przez chwilę zniknęli.
Trwało to chwilę i nagle czyjeś oko
dojrzało drugie, wilgotne już usta mogły się uśmiechnąć.
Ktoś głośno odetchnął,
ktoś coś powiedział,
zadzwonił telefon,
ktoś wstał i zapalił papierosa
Ład codzienności wrócił do norm,
porządek i nawyki zostały przywrócone do łask. To nic i że tylko
do wschodu słońca.
Każdy poczuł się pewniej.
Następnego dnia, 8 rano. Hotel.
Spijam powoli smolistą kawę. Mocna
kawa i gorące powietrze.
Zaczyna mi brakować tchu…
Mam wrażenie, iż ta woda naprzeciwko
mnie w basenie to fatamorgana… tafla błyszczy i razi w oczy.
Powietrze stoi w miejscu. Nic się
nie rusza, nawet jeden pyłek, ziarenko pisku, nawet wąs kota
schowanego pod krzesłem. Słysze chlupotanie kawy w własnym
przełyku.
One też pewno to słyszą , pracownice
hotelu.
Kobiety ciemnej karnacji, masywnej
budowie i mocnych nogach łypią na mnie okiem.
Kropelki potu ciekną im jak łzy po
licach.
Patrzą i z zaciekawieniem i z pogardą.
Rumieniec wstydu zapłonął na mojej
czerwonej twarzy, one jednak nie mogą go zobaczyć.

Tagi:

Dodaj komentarz