Cztery kolory Maroka i pomiędzy nimi

…czyli wyprawa made by MARTINITOURS – indywidualny program
ilość uczestników: 2 osoby o rozśpiewanych duszach
plus – Martina Martinitours – wykonawca i organizator wyprawy, oprowadzała po kolorowych bezdrożach Maroka
plus – Abdul – mistrz kierownicy, łowca zwierząt i miłośnik piasku 🙂
Toyota Prado – nasza najzwinniejsza gazela !
czas: LUTY 2014 , 5 noclegów 6 dni plus odpoczynek w Marrakeszu
ps. zainteresowanych programem, ceną proszę o napisanie maila: martyna@martinitours.pl
Dla kogo?

Dla romantyków. Dla kochających
przygodę. Dla tych którzy czują zew natury i dają się jej
porwać.
Kolor Niebieski 
Zaczęliśmy od tego koloru  – jak mówią Marokańczycy – koloru życia.
Przez dwa dni ( prawie) towarzyszył nam  granatu oceanu, błękitu nieba i biało niebieskie miasteczka nad Atlantykiem. Otaczała nas energia wody i ta niesamowita, tajemnicza aura koloru niebieskiego. 
POMIĘDZY KOLORAMI 
1. Piknik 🙂 
aż herbata z ziołami ugasiła nasze pragnienie a truskawki na deser / w Maroku w lutym jest sezon/  uraczyły podniebienie.
2. (…) wjeżdżamy w rejony subsaharyjskie, otacza nas barwny tłum tubylców.
Kolory otulają kobiety. Wędrują dumne w tych swoich pstrokatych
„haik” w te i we wte po ulicach miasta Tata i pięknie wtapiają się w tło różowych ścian domów. Mężczyźni  zasłonięci
kapturem swoich „dżelab” lub owinięci turbanem patrzą na tą paradę barw – tak
jak i my – popijając herbatę z piołunem w jednej z wielu
ulicznych herbaciarni.
3. (…) relaks w hotelu 
KOLOR PUSTYNI 
Uderzała nas w oczy
metaliczna poświata hamady.
Spękana, ruda ziemia chrupała pod naszymi stopami … 
 i żółty kolor piaskowego puchu, świdrujący wszędzie i wirujący wokół otulił nas dokładnie,  kiedy wjechaliśmy na Erg, czyli drugi co do wielkości ciąg wydm w Maroku. 
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dżinna, rozpętała się burza piaskowa, zasłaniając nam wszystko wokół. Jadać w pyle jak we mgle mijaliśmy różne oznaki życie ( jak ta karawana). Wiatr tańczył w parze z piaskiem szalony taniec … 
POMIĘDZY KOLORAMI 
– Zobacz! Osiołki tulą się do studni! Dajmy im wody! 
(…) i nagle … wiatr ucichł … piach przestał szarpać nasze ubrania i wdzierać się w oczy … czy to magia natury? Słońce wyjawiło nam żółty kolor pustyni… ten radosny! A drogę przebiegły nam 3 gazele! ( wedle wierzeń zobaczyć gazele to szczęście, dar od Boga! )  Zew przyrody porwał nas i zaprowadził aż do …
 nomadów. Zajechaliśmy w gościnę. Wlepieni w tło urządzili sobie całkiem sporą „osadę”, zbudowaną z namiotów dla ludzi i zwierząt.  Każdy ma tu swoje miejsce i dzieci i dorośli i zwierzęta. 
Chwilę potem, Erg pochłonął nas swym pięknem tak, iż zatopiliśmy się po same „uszy” 🙂 
A gdy słonko chyliło się powoli do snu i zmieniało kolory piachu na intensywne żółcie i beże, 
z zakurzonymi twarzami, na których gościł uśmiech i z radującą się duszą dojechaliśmy do naszego obozowiska pośrodku wydm . Leżąc po sutej kolacji, tańcach i śpiewach przy ognisku, patrzyliśmy na niebo pełne gwiazd, które spadały prosto na nas i zamykając oczy zatrzymaliśmy je w nas na zawsze. Pamiątki z pustyni …. 
 A RANO…
jadąc dalej przez wydmy, zatrzymaliśmy się na herbatę… mocną jak życie… 
Gdy siły nasze zostały wzmocnione u gościnnego Saharyjczyka, droga prowadziła nas dalej, przez wyschnięte koryto rzeki 
Przez miasto zasypywane co jakiś czas piachem …
A mijając tradycyjną architekturę ksarów ( ufortyfikowanych wiosek z gliny) zgłębialiśmy się w ich mroczne czeluści …
To był dzień, kiedy „towarzyszyły” nam ulepione z czerwonej marokańskiej ziemi domy, zwane tu kazbami i ciągnące się kilometrami gaje palmowe. Na noc zatrzymaliśmy się w jednym z takich „zamków” z XVIII wieku . Dawniej mieszkał tu pasza tego regionu a teraz wraz z nami „zakwaterował” się kot. 

Gościliśmy się na dachu, słuchając odgłosów życia w wiosce i nawoływania muezina na modlitwę o zachodzie słońca. Nie ma nic przyjemniejszego, kiedy można po podróży, usiać na dachu i kontemplować ze szklanką herbaty w ręku.

A wieczorem zasiedliśmy do wieczerzy, w romantycznie udekorowanym salonie, na puchatych, tkanych przez kobiety kobiercach, przy niskich stoliczkach z poduchami do podparcia pleców,

Smakowaliśmy tradycyjnych potraw jak: mięso z warzywami z przydomowego ogródka, duszone w glinianym garnku „tajine”.

Oraz zagłębiliśmy nasze łyżki ( a niektórzy ręce, bo tak się spożywa tą potrawę iż lepi się kuleczki) w wielkiej misce pełnej kaszy tradycyjnie podanej z 7 warzywami i kurą, czyli kuskus.

Wiatr wpadał przez uchylone okiennice a my siedząc na tych dywanach z pełnymi brzuchami, mruczeliśmy ze szczęścia, jak ten kot snujący się pomiędzy nami – pewno duch paszy z plemienia  Ait Arbi

KOLOR ZIELONY

W dolinach gór Atlasu Wysokiego powoli zaczęła krzątać się Pani Wiosna, soczystsza zieleń kontrastowała z czerwonym i rudymi górami. Biel śniegu na szczytach odbijała się w silnym słońcu ( było 22 C!!! ). Zaś biel drzew migdałowych , które obsypały się bujnie kwiatami, radowała nasze oczy i duszę.

Jadąc transsaharyjskim szlakiem karawan, dotarliśmy do miejsca, które w latach swej świetności XVIII – XX wiek opływało w dostatku. Zarządcy Gór Atlasu bogacili się na przymusowych datkach pobieranych od handlarzy m.in złotem ( i nie tylko od nich). Kiedy cała reszta „braci” mieszkała w pustych kazbach, ci okrywali się jedwabiami  ….

POMIĘDZY KOLORAMI
Chodźmy na targ – zaproponowałam –  poznajmy zwyczaje kupców i przyjrzyjmy się z bliska tym, którzy  teraz zamieszkują te rejony Gór.

Tradycyjne targi mają swój specyficzny wewnętrzny układ. Nic tu nie jest byle jak i na hop siup zorganizowane, ten cały chaos jaki widać, to takie pozory. Każdy wie, w która stronę się udać aby kupić wełnę owczą, buty, czy pomarańcze.
Rzeźnik zawsze otwiera  ten barwny „kram”. Z całym towarem usytuowany jest  na skraju targu, na uboczu, gdyż jest taka wiara wśród ludu, iż krew która wsiąka w ziemię przy zabijaniu zwierząt, może przywołać złe duchy… dżinny …..

KOLOR CZERWONY – MARRAKESZ

Nasza podróż dobiegła końca, oj! Nie , nie  tak z godziny na godzinę… ale zjeżdżając wolno z Gór Atlasu Wysokiego, chłonąc kolorowy świat autochtonów dotarliśmy – jak niegdyś karawany z Sahary – do Czerwonego Miasta – do Marrakeszu !
Odurzył nas gwar i tłumy ludzi i motorków przeciskających się przez wąskie ulice starego miasta „medyny”. Zresztą jak zwykłe – kiedy wraca się z ciszy .. z Gór i Pustyni. Dźwięki i zapachy – ich intensywność, sprawiła iż zakręciło nam się w głowie … usiedliśmy więc na ostatnią herbatkę pożegnalną (słodką jak miłość)  w naszym riadzie ( hotelu z patio wewnątrz ) pod drzewkiem pomarańczowym … i…

Do zobaczenia podczas następnej wyprawy!
Martinitours & Company
www.martinitours.com

Dodaj komentarz