Agdz


Lubię Agdz. To było pierwsze miejsce, kiedy dawno temu odnalazłam tu klimat pustynnych okolic. Objawił się w zaparkowanych, zdezelowanych ciężarówkach, kręcących się wokół Harattydach (potomkach czarnoskórych niewolników z Sahary), nomadach w turbanach na głowach i wiatrem który unosił śmieci…Taki Bagdad Caffe…


Agdz. Mała senna mieścina na “szlaku 1000 kazb”*( patrz post: „dolina rzeki Draa”). Jedno z miejsc, gdzie zatrzymywały się karawany transsaharyjskie z towarem.
Całe życie miasteczka skupia się na placu w centrum.

Można tu zjeść np. kurę z rożna za 45 MAD w towarzystwie kotów, tajina / garnek z duszonym mięsem/,

wypić czajniczek herbaty lub kupić bochenek chleba prosto od piekarza. A potem udać się na spacer np. odwiedzić kramik Czarownika. Oj, czegoż tu nie ma, na wielkiej płachcie rozłożonej na chodniku! zasuszone skorupy żółwia na szczęście, pyłki, proszki, mikstury na dolegliwości wszelakie i wiele innych sekretów znanych tylko jemu.


Spaceruje po targu, który niegdyś pełnił funkcje “fundku” czyli zajazdu dla wielbłądów, a gdzie dzisiaj na małych straganach powiewają bawełniane chusty, z których mężczyźni ukręcą turban, jakieś sukna, sznurek, stragan z morelami (sezon) i oczywiście stosy kartonów z daktylami. Małe czarne dobrze poduszone z Zagory. Słodkie …

Jedzą je namiętnie tutaj gdyż to znakomity afrodyzjak 🙂 jem i ja!

Kawałek dalej, mijając rzeźnika ( dzisiaj w sprzedaży głowa kozia), jest wejście na targ warzywno – owocowy.

Marokanki na targu robią bardzo długo zakupy. Oglądają każdy produkt dokładnie, kładą na wagę, oglądają ze wszystkich stron raz jeszcze a następnie wrzucają do plastikowe miski na zakupy lub odkładają z powrotem.

Słonce powoli sięga zenitu. Muezin nawołuje na modlitwę. Dzisiaj piątek, wiec za chwile meczet przy placu zapełni się wiernymi. Będą to mężczyźni (kobiety wolą modlić się w domu lub przy grobowcu marabuta)
Zmierzają wiec panowie w białych szatach, w kapturach na głowie ( dżelaba) – jak duchy. Zdejmą buty i potem już tylko zobaczę kolory skarpetek i… Będą bić pokłony na wschód. W stronę mekki. Gdzie kamień czarny….

Szlak “1000 kazb” ciągnie się do M’Hamid. Autobus wiezie nas po wąskiej asfaltowej dróżce, ta stara droga, tzw “ piste” biegnie równolegle po lewej stronie przy korycie rzeki Draa. Po lewej ciągną się oazy i rdzawe kasary ( wioski z gliny), kazby ( domy), po prawej trochę nowsze osady mieszkalne. Był to znakomicie obwarowany główny szlak karawan. Widok niesamowicie piękny. Taka dżungla palmowa wśród której wystają zamki z piasku.

Stop. Pani będzie wymiotować
Stop. Oaza i kazba. Czas na spacer.

Poznałam Hassana, pracuje jako przewodnik po oazie. Chudy mojego wzrostu o wielkich brązowych oczach i niedbałym zaroście. Zęby prawie w komplecie. Dżinsy i turban.

Mam żonę i piątkę dzieci mówi do mnie –  Trzy dziewczynki i dwoje chłopców, dwie palmy daktylowe. Znam hiszpanki, włoski, francuski…i wiesz byłem w Casablance i w Marrakeszu. A ty?

A ja? – myślę gorączkowo –  Ja …ja … tez byłam w Casablance…i Marrakeszu….mąż…? aaa….palmy? Nie, nie mam. Dzieci ? ….aaa a jak to będzie po marokańsku?

Proszę Państwa Hassan wejdzie na palmę! I wskoczył na wierzchołek. Ja za nim…

O– zobaczcie – mówię kiedy po chwili spacerujemy po oazie –  tu mamy jarmuż a tu pszenicę do kuskus a tam, na drzewach granaty!

Oaza to wielkie pole uprawne i sad w jednym, tylko zamiast jabłoni i gruszy są palmy. 🙂

Dlaczego nie ma cienia? Marudzą
Chcecie cień ? To idziemy w gości do Paszy. O, ta kazba ogromna na wzgórzu to jego dom. Chodzimy na herbatę.

Tak, spacerowałam po tym zamku z piasku, i zasiadłam w salonie w wieży aby razem z Hassanem, z Pasza o jednym oku pokrytym bielmem i z turystami wypić herbatę.

Pijąc, jak to zwykle bywa, dobrze zacząć jakąś historię.
 

Spojrzycie na swoje ręce – mówię – jak na lewej zobaczycie u nasady palców kreskę biegnąca w szerz dłoni wstańcie!. Cisza. Nikt nie wstał ale za to Hassan wytrzeszczył oczy z przerażani. No tak poruszyłam temat tabu.

Ja mam – powiedział Pasza.
Teraz ja zamilkłam
Ale o co chodzi? – zaczęli niecierpliwić sie turyści
Hmm…jest taka wiara, że Ci którzy maja taki znak na ręce, to ludzie obdarzenie „baraką”, specjalnym darem….Samo to, iż przeżyli, oznacza ze maja szczęście. W dzieciństwie, byli bowiem porywani przez poszukiwaczy skarbów a potem mordowani, tak jest do dziś. Maja dar przyciągania pieniędzy…
A Hassan siedział i kiwał głową…

Jeździmy dalej w stronę Zagory
 

Zagora to pierwszy przystanek karawan w Maroku, tych co wędrowały z obecnego Mali. Wiozły z Timbouktu m.in. złoto i sól. W zamian za złoto dostawiali cukier, suszone owoce, skóry zwierząt. Ile dni trwała ta podóż do Zagory? To zagadka dla Ciebie podróżniku, odszukaj znak który wskazaywał wszyskim kierunek trasy a także jak długa musi to być podróż 🙂

Obecnie Zagora to duże miasto (150 tyś. mieszkańców). Tętni życiem tylko główna ulica. Znajdziesz na niej: kawiarenki, sklepiki spożywcze, bakomaty, warsztaty samochodwe a także mnóstwo agancji które oferują wyprawę na pustynie Chiggaga. To jest najważniesze źródło zarobku mieszkańców. Każdy kto ma wielbłąda zagarnia turystę na WIELKĄ WYPRAWĘ 😉

A w oazie życie toczy sie powoli… Leniwym strumieniem płynie wodą akweduktem …
Zimą zaś noce często bywają różowe 🙂

Dodaj komentarz