Szlakiem karawan, szlakiem dentystów*

* czyli Maroko nieturystyczne

Zanim nasza wyprawa ruszyła w składzie:
– 4 kobiety na pokładzie Toyoty Prado
– Ja – Martinitours – kierowca (czasami) oraz osoba wykonująca cała resztę ( ta cała reszta to za długa historia aby pisać )
-Kierowca – Hakim
oraz tobołki, pakunki maści przeróżnej i zioła,
dotarły do mnie wieści takie:

Rzecz się stała niesłychana,
całe Kępno huczy z rana:
doktor Adam*
wrócił z Maroka
zarażony wirusem – nie można spuścić zeń oka.
Opowiada wszem i wobec,
że Maroko lepsze od kobiet,
gorące, pełne super widoków i smaków,
widać wirus marokański czyni z ludzi dziwaków.
Choroba zaraźliwa i 
do Maroka podążają kobiety,
jadą ekipą śmiałą,
bo Martyna szykuje wędrówkę wspaniałą.

*( dr Adam był na wyprawie Martinitours w 2014 roku)



24.05.2015
Przyjemny, chłody wiatr przyniósł mgły znad oceanu, zapowiadał się całkiem dobry dzień na zwiedzanie. Samolot przybył o czasie i zabrałam moje uczestniczki wyprawy 80 km dalej na północ od miasta, aby odpoczęły po podróży w stylowym, 200 letnim domu, adoptowanym na hotel. Ogromy ogród, basen, patio z nakrytym stołem, gospodarz i pies czekali na nas zgodnie z daną mi obietnicą i  z tradycyjnie parzoną herbatą ( ok, pies nie obiecywał, że bedzie czekał na ekipę Martini ) 🙂

(tymczasem takie wspomnienia z tych pierwszych chwil w Maroku „rysują” piórem uczestniczki wyprawy: )

Powitanie na lotnisku urocze,
miętą, miłym słowem i rudym warkoczem.
Wyjazd z lotniska i pierwsze zetknięcie z prawem
Martyna musi dać policji na kawę. 
Patrzymy przez okno – bidoki*,
a tam egzotyczne widoki:
osiołki, panowie w dżelabach
i tak mija droga do kasbah.

* wyjaśnienie słowa ” bidoki”: w tym wersie nie oznacza niczego co by nam się z tym słowem kojarzyło, to po prostu rym. Chyba że, autor miał na myśli biedę spowodowaną brakiem osiołków i dżelab, ale to wszystko do czasu, podróż wzbogaca nas z każdym dniem, a jak! 

A tam przystojniak w turbanie, 
klękajcie wszystkie panie, 
błyska zębami  w uśmiechu
Abdullah – facet wart grzechu.
Pan na włościach wspaniałych,
jakich nasze oczy nie widziały.

Takie to są ich wspomnienia :),  zastanawiam się właśnie, kto był bardziej zadowolony z wizyty 5 bab, wygłaskany pies, który upodobał sobie nogę Fredki czy Abdullah, który na głaskanie się nie załapał) 🙂 🙂 🙂 

A po lunchu, czas na dalsze atrakcje programu, i już zabieram się do wyjaśniania co nasz czeka w krętych uliczkach medyny ( starego miasta ) gdy z rozmyślań wyrywa mnie wołanie Dobrusi…



– Martyna, powiedź proszę, czy było by dużym kłopotem abyśmy pojechali do dentysty…wiesz…przed nami Sahara…a .. ( szczegółów nie zdradzę) 
– Ależ tak! Kogoś znajdziemy, bo jak nie tu to potem wcale…- odpowiadam 

( Warto wiedzieć, iż w Maroku dentysta to zawód wielce poważany, raz w tygodniu przybywa na targ rozkłada swój stoliczek na którym ma kleszcze i wyrwane ząbki, co niektórzy przed nim klękają, bo tak trudno pozbyć się korzeni…Tak, są i tacy co mają własne krzesła a i nawet gabinety, ale to już inna bajka, zaś tam gdzie się jutro udajmy z wyprawą, nie jest „wyświetlana”, więc pakujemy się do Toyoty i zaczynamy poszukiwania miastowego dentysty, co przy tym odkrywany, to nasze 🙂 )
I tak się zaczęła nasza przygoda na szlaku poczekalni dentystycznych 🙂 

Kilka dobrych godzin później. Ranek. Ptaki śpiewają, psy we wsi szczekają ( rym przypadkowy ale prawdą inspirowany), a my popijając na patio herbatę z bukietem ziół omawiamy plan podróży na dzisiaj.
– Dziewczyny – mówię – przekroczymy najstarsze góry Maroka, spotkamy się z rozbójnikami czyli elegancko ubranymi mężczyznami z plemion Chleuch oraz barwnymi jak motyle kobietami.Pojawi się na trasie, stopniowo, coraz więcej osiołków.  Jak zjedziemy z gór, znajdziemy się rejonach subsaharyjskich i zakończymy dzień śpiąc we wsi w oazie przy grobowcach Świętych, na skrzyżowaniu szlaków handlowych…


Cztery uśmiechnięte twarze patrzą na mnie w wyczekiwaniu na przygodę,
– Dobra – wyruszamy! Szkoda czasu na siedzenie w hotelu – ponaglam do pakowania.

( Zanim zdążyłam cokolwiek wyjaśnić np: iż jest wczesne południe, i że mijamy wioski w górach, że jest na tyle fajnie i nie za gorąco, że wyruszymy na mały spacer aby podejrzeć życie jakie się toczy w domach z kamienia.. to nasz pokładowy skryba podsunął mi kolejną karteczkę z notatnika… 🙂 

Następnego ranka kolejna niespodzianka-
jedziemy do Martyny gościnnych progów,
po drodze mijamy góry uczesane przez bogów.
Po babusze wstępujemy do szewca – dziadka*,
gdzie czeka na nas słodka herbatka.
Bo musicie wiedzieć,że w Maroku,
częstują zieloną herbatą na każdym kroku.
Herbata rzecz ważna, podstawa żywota,
mocna jak życie, gorzka jak śmierć,
słodka jak miłość – oto jej cnota.

(* mała dygresja do notatek: moje gościnne progi to hotel – warownia, prawie na pustyni) a szewc – dziadek , to mistrz nad mistrzami w swoim fachu, produkuje tradycyjne obuwie,zwane z francuskiego popularnie „babouches” w jakim chodzą górale, ze skóry, szyte grubą nicią, i jest już jednym z nielicznych obecnie mistrzów w Maroku, reszta poszła w stronę tandety..tak ze pamiątki były oryginalne! )

– Zjeżdżamy z gór! Zobaczcie, w oddali widać już oazy, za chwil parę zrobi się gorąco i poczujemy „dotyk” Sahary…Do oazy Tissint dotrzemy idealnie przed zachodem słońca…

( a w notatniku skryby … ) 

W Tissint u Martyny rewelacja,
codziennie super kolacja.
Tadżin ląduje na stole z warkoczem aromatycznym,
witamy go wylewnie,  w nastroju euforycznym,

Fredka patrzy na gwiazdy puchate zdziwionymi oczami
Wielki Wóz wywrócił się do góry nogami!

Znowu się muszę wtrącić aby wyjaśnić pewne sprawy, głównie chodzi mi o te puchate gwiazdy,
Fredzia zmierzyła je wyraźnie wzrokiem, widziałam potem jak porównuje je w różnych innych miejscach, nawet tam gdzie miały być niby najpiękniejsze, ale jak to bywa gdy się zbacza z turystycznego szlaku wyprawy, spłatały nam te gwiazdy figla, i potem już były ale niewyraźne albo takie…”goździste” jak to Fredzia sprytnie ujęła. I tylko w Tissint pokazały swoją „puchatość”

W międzyczasie piknik pod akacją,
stał się do odwiedzin nomadów okazją.
Gościnne gospodynie chętnie nas witały,
miską koziej maślanki poczęstowały.
Martyna w haik została ustrojona 
i o numer telefonu poproszona 
a Hankę gościna tak bardzo ujęła,
że aby podziękować, kolczyki w darze zdjęła.

Chcemy wracać do hotelu, zaczęły się schody,
bo samochód nie wyraził na to zgody.
Musimy poczuć się jak nomadzi
i na własnych nogach przez pustkowie sadzić.

Ha! Tak to jest, jak się zostawia włączone radio i światło na kilka godzin, to akumulator odmawia pracy 😉 Ale nie ma złego co by na dobre nie wyszło, przekonałyśmy się my – kobiety, że nawet na pustkowiu potrafimy sobie radzić i że można znaleźć przyjazne dusze, które na motorowerze skłonne są pojechać do miasteczka aby przywieźć nam pomoc, kolejna lekcja gdzie doświadczyłyśmy gościnności i serdeczności tubylców. A zapowiadała się noc z nomadami…


Ranek przywitał nas ostrym białym słońcem, zanim na dobre pokazało nam swoje gorące oblicze wyruszyłyśmy z oazy Tissint w stronę Sahary, aby przekonać się m.in. jak gorący może być piasek w kwietniu 🙂


Z notatnika dziewczyn:

Dalej w drogę wyruszyć nam czas,
bo pustynia czeka nas.

Wiezie nas kierowca wspaniały,
którego niestety zęby rozbolały.
Na Saharze dentysty brak,
Hakima życie gorzki ma smak.

Pustynia – coś o niej powiedzieć trzeba,
gorąca, że żyć po prostu się nie da,
piękna, groźna, wspaniała,
parzącym piaskiem nas przywitała.
Wieczorem, gdy zaszło słońce,
zaczęły się śpiewy i tańce,
Saharyjczyk w niebieskiej dżelabie gra na bębnie,
rytm wyssał z mlekiem matki pewnie,
Martyna tańczy dostojnie, a Hanka nieco frywolnie.



Dzień V wyprawy – raduje się serce raduje się dusza bo nasza wycieczka w świat „Berberów” rusza! A było to tak, iż po drodze odwiedziliśmy Mohameda – muzyka, który zagrał nam na plastikowej misce do prania rytmy Sahary, potem przemierzaliśmy wulkaniczne góry bez wody, aby na końcu, już o zachodzie słońca, sprawdzić czy Atlas Wysoki jeszcze śpi 🙂


( a nasz pokładowy skryba zapisał to tak:) 

Dalsza droga przez góry czerwone,

gdzie domy jak jaskółcze gniazda do skał przylepione,

docieramy na nocleg do kazby chronionej
przez potomka zdrajców Glauich*,
co Francuzom kraj sprzedali.
Potomek godny swojego rodu,
pilnuje kazby jak cennego grodu.
Wieczorem, gdy chcieliśmy napić się wina,
policją straszył Hakima.
Spać poszliśmy więc o suchym pysku 
A niech się buja dziadzisko.

* to znowu ja Martini, w celu wyjaśnienia: 
Duży stary dom z gliny, piękny…pamiętający czasy świetności, kiedy to przez jego progi przechodziły stópki Kaida wioski i jego francuskich przyjaciół podczas tak zwanego protektoratu. Teraz zmiany niewielkie, świetność czai się w każdym kącie ale bardziej we wspomnieniach i manierach przodka.
– Ściągać buty! Wszystkie! Tu się chodzi w pantoflach – i pokazał nam wydeptane stare trepy zwane jak już wiemy „babousze”. 
Opór nasz był słaby, więc już po chwili na bosaka, byle by nie w tym czymś co nam pokazał spacerowałyśmy po komnatach jego domu. 
– Tu też na bosaka – warknął – ustawiając równo talerze w jadłodajni. ( ….) 


Dziewczyny – uczcijmy ten dzień i pobyt tutaj butelką wina – Rozentuzjazmowana pobiegłam zapytać przodka Glauich, czy tak jak i dawniej bywało, my też możemy otworzyć butelkę wina …
– Oui, bien sur! – pokiwał twierdząco głową 
Mmmm – zamruczałam i zaczął się pokaz slajdów
I gdy byłyśmy już w połowie wycieczki przeglądając wspomnienia kadrem zapisane, pojawiła się w drzwiach pół – łysa głowa przodka Kaida i warknęła – Haram!! Haram!! Ty nie możesz pić wina, tyś Muzułmanin!
Moje oczy powędrowały za jego placem wskazującym, który zatrzymał się pomiędzy oczami naszego kierowcy.
– Ha! My też! Wobec tego my też Muzułmaninie! – i wino ze wszystkich powędrowało z powrotem do butelki. 
Na nic się zadały jąkały przodka Kaida i wmawianie nam że my nie jesteśmy Muzułmanami i że my możemy.  
Po czasie jednak zrozumiał, bo inteligentem jest i na półkach książki trzyma a w albumie zdjęcie ojca z Winstonem Churchilla

A po nocy nastaje dzień – co nie zawsze jest takie oczywiste 🙂 i my wyruszamy głównym szlakiem karawan w stronę dawnej stolicy Maroka 
Dziewczyny piszą:

Dalej droga do Marakeszu wiedzie,
gdzie dentysta pomoże Hakimowi w biedzie,
a plac Jemaa el-Fna rozbawi nas,
jedźmy szaleć, ucieka czas.
Ale cóż to się dzieje z kobietami,
każda w jakimś sklepie siedzi z ciuchami.
Taki to już babski los,
na zakupy wydać trzos.

Tak, szaleństwo zakupowe to istna rokosz dla ciała 🙂 Dziękuję dziewczyny, teraz noszę na sobie wszystkie kolory gór Maroka 🙂 

Marrakesz dla moich uczestniczek wyprawy, pokazał swe nieturystyczne oblicze! A my całej reszcie pokazałyśmy język a Hakim wyleczonego zęba :)! 
Więc pora na kolejne miasto – stary port handlowy, gdzie niewolnicy wystukiwali po nocy tajemnicze dzwięki przy pomocy tamburynów, kastanietów… Czy coś się zmieniło? Pojedzmy zobaczyć! 

Niebiesko-biała Essaouira wita Atlantykiem,
pan karmi nas rybkami, lecz patrzymy bykiem.
Bo rybki przypalone w gardło drapią nas, 
Martyna pana karci -byłam tu ostatni raz.

Wiatr wywiał nas z Essaouiry w stronę Agadiru, ostanie kilometry w naszym czołgu pokonujemy już po ciemku…Kres nastał w Agadirze..pora się żegnać…

Agadir – to miasto zaludnione,
po drodze się nam trafił policjant spragniony,
znowu zatrzymał nas,
kasę na herbatę dać mu czas, 
inaczej mandat zapłacimy srogi,
bo się pasów nie chciało zapiąć paniom naszym drogim.
W Agadirze czas spędzamy na plaży,
pierwsze dolce far niente nam się marzy,
Fredka ambitnie przez ocean do Ameryki chce bieżyć,
a Basia musiała zapas prezentów odświeżyć.
Przyszedł czas ostatniej marokańskiej herbaty,
zostałyśmy zaproszone do Martyny chaty.

Zaszczyt wielki, rzecz niezwykła dla nas,
szkoda,że jedyny i ostatni raz.
Maroko różne ma oblicza,
nie jestem w stanie tego opisać,
jak kobieta zmienia swoje nastroje,
Adamie rozumiem zauroczenie twoje.
Czerwone góry, zielone argany,
my Maroko już kochamy.
Ludzie życzliwi, pozdrawiają nas,
jaka szkoda, że skończył się czas
podróży i odkryć, i doskonale wiemy,
że nieraz zatęsknimy i zapłaczemy
za górami, za pustynią, a przede wszystkim za MARTYNĄ! 

W wyprawie uczestniczyli:
Tuda, Fatima, Hamka i Basieńka (po prostu)
oraz Hakim – kierowca ten od zębów
postacie drugoplanowe które zmieniały się w zależności od dnia i poczekalni dentystycznej
panowie od herbaty 😉
pies
no i ja Martinitours ( w skrócie Martini)
oraz niezapomniane okoliczności przyrody
i oczywiście nasza Toyota zwana pieszczotliwe czołgiem

ps. i jeszcze kot – strażnik o surowej minie  🙂

Wyprawa trwała tydzień, i jak to zwykle bywa za szybko się skończyła, program dla wszystkich chętnych i cenę jak zwykle posyłam na maila, kto chętny proszę pisać: martyna@martinitours.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *