W stronę gór Anty Atlasu. 24 grudnia. Wigilia

Poranek. Tereny rolnicze wokół dużego miasta, jakim jest
Agadir
Zaczęło się od marchewki. Wozy zaprzężone do osłów i mułów
stały karnie na poboczach ulic. A na tych wozach kopce poukładanych, czerwonych
i powiązanych natką w wielkie ogony marchewek.

Im dalej od Agadiru tym robiło się bardziej
kolorowo. Wiatr rozwiewał pstrokate haik (szaty) Berberyjek. Z daleka wyglądały
jak motyle wędrując pomiędzy poskręcanymi ze starości drzewami arganowymi. A
potem, zrobiło się wokół pustawo, tak nagle jak w bajkach i jakby za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ktoś zamknął jeden świat a otworzył drugi.
I tylko gdzie nie gdzie, w oddali na szczytach gór, widać było parę chałup.
Takie „orle gniazda”.



Stary szlak karawan, obecnie bardzo zniszczony, wąski asfalt,
prowadził kręto w głąb gór.
Jedyni towarzysze podróży to:

– Wiatr – wpadał gdzie chciał i tarmosił wszędzie. Burzył
ułożone do zimowego snu konary drzew arganowych, których było wszędzie pod
dostatkiem. Jedyni świadkowie historii, rosną tu od zawsze.
 Okryte kolcami strzegą
swych tajemnic jak rycerze w zbroi. Ale dzisiaj, jest taki jeden dzień w roku,
kiedy ich tajemnice roznosi wiatr i jak wytężysz ucho to usłyszysz…jak szepczą
a czasami skrzeczą przeraźliwie. Ich głosy wiatr niesie tam gdzie chce i czasem
odbija o skały, które w odpowiedzi raz marszczą czoło a raz gładkie lico pokazują,
to rumienią się to bladną na przemian. I możesz usłyszeć legendy o rozbójnikach
czyhających na karawany i o możnych władcach wędrujących z gwarna świtą i mędrcach
chroniących się w cieniu ich korony. O kobietach, delikatnie zrywających
orzechy z ich gałęzi, aby nadać swemu licu blask a ciału zdrowie. O miłości i
nienawiści. O krwi przelanej za wolność. 
– Słonce – o promieniach miękkich jak puch – złociło nie
tylko pola. Igrało z wiatrem na przemian. On chłodził a ono grzało.
Czmychające przed kołami samochodu wiewiórki. Dostojnie
rozkraczające się na środku drogi wielbłądy. 
Skaczące po poboczach kozy.
Cisza. Dostojna tak jakby była noc a nie dzień.
   Ca  va ? – Wdarło się do środka samochodu znienacka
przez otwartą szybą
Roześmiany Berber pomachał mi stojąc przy małej chałupie z osłem.
Cisza. Słońce i wiatr
 Kazba wyłoniła się zza zakrętu. Tonęła w południowym świetle.
Zamknięta i niedostępna. Wysoko na wzgórzu otoczona najeżonymi kaktusami.
   
Tak , na jedną noc . Mogę zostać? – Popatrzyłam na
młodą, bladą kobietę, otuloną szczelnie chustą.
Skinęła głowa i uchyliła masywne wrota kazby.
–  Mój maż da pani
pokój – powiedziała i pokazał drogę zatrzaskując drzwi.
Jej mąż, okuty w zimowy burnus ( wełniane odzienie górali w
Maroku) łypnął na mnie małym okiem i pokazał guza na czole. To od pracy –
wyjaśnił – przez 20 lat remontuję tą warownie. To mój dom rodzinny. Moja żona i
2 pomocników to cała nasza ekipa.
Zarośnięty, potężny chłop wyglądał jak jakiś stwór obok
smutnej bladej i pięknej kobiety.
Piękna i Bestia – nasunęło mi się skojarzenie tej pary zamkniętej
w ogromnej warowni.
Kamery zainstalowane wszędzie i jego oczy śledziły każdy mój
ruch. 
XIII wieczna warownia, totalnie opustoszała, nie było nikogo
żywego.

 Domy z kamienia zamknęły swoje historie za pięknie grawerowanymi
drzwiami, kołatki zardzewiały nieużywane, małe okienka patrzyły pustką.

Nieczynny spichlerz, który gromadził dobra rodowe, puste miejsca w stajni. Cisza
i znowu wiatr, który najwyraźniej bawił się fruwając po pustych kątach.

Piękna i Bestia jakby wycięci z innej bajki i wklejeni w tle
surowej warowni. Otoczeni kamerami, ( czego się boją) francuskimi książkami,
płytami z muzyką i kursem jogi wglądali jak zjawy nie z tego świata, nie z
surowych gór Anty Atlasu, nie z kazby przodków. 

Tuż przed zachodem, posępne trochę góry, rozbudziły się.
Niebo wypluło kolory zachodzącego słońca i nie wiadomo czy to wybuch wulkanu
czy tylko wigilijny zachód słońca.

Ponurą atmosferę kazby ożywił śmiech dwóch młodych chłopaków
biegnących z parującymi tadżinami ( glinie naczynie, w którym dusi się potrawy
w Maroku) To Ismail i Hassan – pracownicy.
Nakryto do stołu.
Młodzi turyści, miłośnicy wspinaczki wysunęli nosy z książek.
Wigilijną ucztę czas zacząć

Pierwsza gwizdka długo wisiała sama. Potem dołączyła do niej
droga mleczna i 1000 innych. Gdzieś w oddali paliły się nikłe światełka,
porykiwał osioł. Wiał mroźny wiatr, który od czasu do czasu przynosił zapach
palonego drewna. Wielu w duszy wypowiadało życzenia, wielu rozmawiało z tymi których już nie ma.
Niektórzy czekali na świt, wierząc iż kolejny dzień odsłoni nowy rozdział.
Koniec. 

Dodaj komentarz